Wybrzeże ostrzy

Pochwalcie się tu waszymi pracami, tak graficznymi jak i piśmienniczymi, może opowiadania? A może ktoś z was trafi do alei zasłużonych a jego dzieła na stałe trafią do świata gry jako księgi lub ikony ( skarb w grze ;) )
Awatar użytkownika
Ponczek
Posty: 296

Wybrzeże ostrzy

Post#1 » 13 cze 2018, 11:39

    Wybrzeże ostrzy



Wybrzeże ostrzy... Zawsze mnie zastanawiało kto wymyśla takie nazwy. Zapewne jakiś znudzony kartograf-marzyciel. Być może stojąc tu gdzie ja stoję w tej chwili, wyobrażał sobie epickie batalie które mogłyby tu mieć miejsce. Tak, rycerze w pełno płytowych zbrojach w których odbijają się promienie słońca. Ich ogromne i majestatyczne rumaki z pięknie uplecionymi grzywami. Dzierżone przez nich wspaniałe miecze wykonane przez największych wirtuozów sztuki kowalskiej. Tarcze przyozdobione pięknymi i barwnymi herbami ich wielowiekowych rodów. Być może tak wyobrażał sobie bitwę która mogłaby się tu wydarzyć.


    I

Rok 543
Zachodnie wybrzeże półwyspu tahańskiego, zwane Wybrzeżem ostrzy

Żeglowaliśmy od wielu tygodni. Okazało się, że sporo chłopaków cierpi na chorobę morską. Zabawny widok - facet który w bitwie jest niewzruszony i nic nie jest w stanie poruszyć jego żołądkiem, teraz rzyga przez burtę jak kot. Podobno zbliżamy się do wybrzeża. Mamy się na nim rozładować i rozpocząć marsz na wschód. Rozkazano nam zająć pewne miasto. To samo które prawie sto lat temu było oblegane przez dwie armie i nie zostało ostatecznie zajęte. Podobno właśnie tamtej bitwie zawdzięczamy dzisiejszy stan rzeczy. Szczerze? Wolałabym już wyżynać kolejne zastępy slavów na zachodzie albo bić się z zakonem. Oni przynajmniej nie mają TEGO. Przez cholerną mgłę nie byliśmy w stanie nic zobaczyć, choć według nawigatora powinniśmy być tuż przy brzegu. W końcu jednak Mały Joerg musiał zobaczyć ląd, bo zaczął drzeć tą swoją pryszczatą japę. Wszyscy zaczęli się przygotowywać. Sprawdzali czy wszystkie paski są mocno ściągnięte, broń swobodnie wysuwa się z pochwy, a kapaliny są na łbach. Rozruszałam ramiona i szyję. Pewnie wyglądałam przy tym jak zawodowy zabijaka, ale to przede wszystkim praktyczne działanie. Chyba nikt by nie chciał, by w trakcie walki nagle strzeliły mu kręgi w karku. Byliśmy już na tyle blisko brzegu, że nawet ja widziałam ląd. Wzięłam głęboki wdech. Ile bym walczyła, chyba nigdy nie przyzwyczaję się do wizji śmierci na polu bitwy, pośród błota i gówna. Nie żeby śmierć z głodu na ulicy była lepszą wizją. Tutaj przynajmniej mam jakąkolwiek kontrolę nad swoim losem. A także cudzym.

Zrzucono kotwice. Weszliśmy na łodzie i zaczęliśmy wiosłować w stronę lądu. Mgła chyba powoli zaczynała się rozrzedzać. Miałam dziwne przeczucie, że coś jest nie tak. Słona woda pryskała na moją twarz. Morskie powietrze ponoć jest zdrowe. Miał go szczerze po dziurki w nosie. Byliśmy już przy brzegu. Wtedy też mgła jakby nagle całkiem ustąpiła. Moim oczom ukazał się widok wielkiej armii, która wyraźnie się nas spodziewała. Czekali na brzegu z bronią w ręku. Tuż za plażą znajdował się klif na którym stali łuczników. Natychmiast wystrzelili w naszą stronę tysiące strzał. Zdało mi się, że to czarna chmura do nas zmierza. Ostra i zabójcza chmura.
Zaczęliśmy wyskakiwać z łodzi, ale nie było szans, by wszyscy zdążyli się z nich wydostać. Nim wpadłam do wody usłyszałam jak groty strzał wbijają się w drewno i kolczugi mych towarzyszy.
Gdy się wynurzyłam, zobaczyłam, że mgła wciąż znajduje się za naszymi plecami, a my tylko z niej wypłynęliśmy. Jakim cudem wcześniej tego nie zauważyłam? Po chwili jednak zrozumiałam. Zasrane czary.
Zaczęliśmy wyciągać nasze łodzie na brzeg. Wroga piechota już do nas zmierzała. Znali miejsce desantu, ale nie wiedzieli gdzie dokładnie wylądują łodzie. W końcu brodząc w wodzie i ciągnąc łodzie, dotarliśmy na stały ląd. Musieliśmy szybko ustawić się w pozycji obronnej, tak by móc zasłonić się przed drugą salwą z klifu, a później odeprzeć atak piechoty. Łatwo powiedzieć. Jeśli historia wojenna czegoś uczy, to tego, że desanty nigdy nie wychodzą tak jak planowano, a walka na brzegu z morzem za plecami zawsze kończy się rzezią. Gdybym tylko mogła dorwać geniusza który wydał nam rozkazy...
Strzała mignęła mi obok policzka, trafiając stojącego za mną towarzysza prosto w krtań. Zakwiczał jak zarzynana świnia po czym padł na ziemię. Farciarz. Ci którzy jeszcze nie dotarli do brzegu, wciąż byli otoczeni mgłą, nie mogli więc widzieć co się dzieje. Inaczej pewnie, by zawrócili i tyle by ich było. Wróg w końcu do nas dotarł. Zaczęła się moja ulubiona część - przepychanka. Tak zwykliśmy nazywać etap w którym na zmianę zadajesz cios i chowasz się za tarczą, jednocześnie napierając na wroga, aby zmusić go do przejścia w defensywę. Mało wyrafinowana forma walki, ale w tej chwili nie mogliśmy pozwolić sobie na cokolwiek innego. Kolejne łodzie docierały do brzegu, wciąż jednak ostrzeliwane z klifu. Cholerni łucznicy muszą się świetnie bawić.
Zapewne kojarzycie ten moment gdy bohater dopiero co masakrujący wrogów zaczyna się rozglądać po polu walki i widzi rzeż swych towarzyszy? W tej chwili ja zrobiłam podobnie. Nasza lewa flanka była masakrowana, a nam groziło przerwanie szyku. Jak dobrzy byśmy nie byli, ich było więcej i nie musieli przebierać przez mieliznę ciągnąc łódź, będąc pod ostrzałem. Jednocześnie miałam ochotę wymordować cały świat i czułam, że nie mam nawet tyle siły, by pokonać mrówkę. Mój umysł jednak znalazł wyjście z tej sytuacji - przypomniał mi twarz chłopaka który zdradził mnie z jakąś suką z Romany, przez co się wściekłam i walnęłam tarczą w ryj jakiegoś dupka który chciał mnie ciąć. Zrobiłam krok do przodu i przebiłam zdezorientowanego gościa, po czym znowu uderzyłam kolejnego żołnierza który się napatoczył. Za takie zachowanie, mogące doprowadzić do przerwania sojuszniczej linii, dostaje się stryczek. W tej jednak chwili miałam to głęboko i ciemno. Moi towarzysze podchwycili moje działania i również zaczęli uderzać tarczami i głowami we wrogów. Zaczęliśmy się nakręcać niczym małe dzieci na widok słodyczy.
Wrogów zdawało się nie ubywać, ale stwierdziłam, że to nawet lepiej - dzięki temu dla każdego z nas starczy celów. Zawsze mam stracha przed walką, tylko po to, by w jej trakcie stać się maszyną do zabijania. Pewnie któregoś dnia trafię na silniejszego, ale zawsze mówię sobie, że to jeszcze nie ten dzień. Jednak mimo bitewnego szału, wiedziałam, że coś jest nie tak. Skoro mgła była magiczna, to gdzieś musiał byś czarodziej. Paręnaście lat temu magowie nie brali udziału w wojnach, a już na pewno nie byli żołnierzami. Potem jednak przybyli nasi dzisiejsi wrogowie i pokazali co potrafią zrobić przy użyciu zaklęć. Całe bataliony płonące od pojedynczej kuli ognia.
Odpychaliśmy piechociarzy w stronę klifu, używając ich jak tarczy przeciwko łucznikom. W pewnym momencie jednak będą mogli do nas strzelać nie ryzykując trafienia swoich. Większość naszych już była na plaży. To ilu było wciąż żywych to inna sprawa. Zaczęłam się rozglądać za drogą prowadzącą na górę. Cała operacja mogła się tu skończyć, jeśli szybko nie zajmiemy się tymi dupkami z łukami. Nasi próbowali ich ostrzeliwać zza naszych pleców, ale to nie takie proste strzelać w osłoniętych wrogów, samemu będąc na widoku i mogąc w każdej chwili zginąć.
W końcu wypatrzyłam podejście na klif. Zaczęliśmy powoli przesuwać się w jego stronę, gdy nagle za nami nastąpił wybuch. Obejrzałam się i zobaczyłam jak tuzin naszych chłopaków wije się na piasku płonąc żywym ogniem, który zdawał się po nich spływać. Tuż nastąpił kolejny wybuch. Ze znajdujących się tam żołnierzy zostały jedynie wnętrzności i krew wsiąkająca w piasek. Dostałam cios na tarczę, który wytrącił mnie z równowagi. Jeden z towarzyszy zajął natychmiast moje miejsce i przebił napastnika włócznią. Otrząsnęłam się i wróciłam do szeregu. Kolejne zaklęcia latały nad naszymi głowami, a my nie mogliśmy zrobić nic innego jak napierać w stronę podejścia. Przed wypłynięciem powiedziano nam, że żaden mag nie ma nieskończonych sił i w pewnym momencie będzie musiał sobie zrobić przerwę. Nawet wówczas jednak nie będzie łatwym celem. Ten tutaj chyba był w świetnej formie, bo coraz to kolejni moi towarzysze umierali w agonii na plaży.
W końcu dotarliśmy do podejścia i wciąż tnąc się z piechotą, wchodziliśmy na klif. Jeszcze chwila i zajmiemy się tymi dupkami strzelającymi do naszych na brzegu. Nagle w środku naszej formacji nastąpiła potężna eksplozja, która obaliła mnie na ziemię. Gdy udało mi się podnieść, zobaczyłam masę ciał leżących wokół małego krateru. Cholerny mag. Wstałam i zaczęłam zbierać niedobitki oddziału. Ustawiliśmy się w małą formację i już mieliśmy ruszać na łuczników, gdy zauważyłam dupka który ciskał w nas zaklęcia. Wydałam rozkaz i rozbiegliśmy się tak, by każdego dzieliły co najmniej trzy metry. W ten sposób nie powinien być w stanie zdmuchnąć nas jednym ciosem. Ciskał w nas piorunami, ale wyraźnie brakowało mu siły. Kilku z naszych w końcu do niego dotarło i już mieli go zaatakować, gdy nagle rozbłysnął jasnym światłem, które oślepiło nas wszystkich. Usłyszałam krzyki ludzi płonących żywcem. Po chwili efekt zaklęcia minął i zobaczyłam, że skupił się na grupce po swojej lewej. To była moja szansa. Pobiegłam tak szybko jak tylko mogłam, skoczyłam i wbiłam mu ostrze między szyję, a obojczyk, niczym starożytny heros. Mag jednak się nie poddawał i ostatnim tchem wypowiedział zaklęcie, które wyrzuciło mnie kilkanaście metrów do tyłu. Po dłuższej chwili podniosłam się z ziemi. Czułam się jakby wszystkie kości w moim ciele zostały połamane. Rozejrzałam się wokół. Nasi właśnie wyrzynali resztki łuczników, a truchło czarodzieja nabijano na wielką lancę, jako trofeum. Stanęłam na krawędzi klifu i spojrzałam na wybrzeże. Zobaczyłam setki martwych żołnierzy którzy zginęli pośród błota i gówna pod wrogim ostrzałem, rozrywani na strzępy przez niszczycielskie zaklęcia. Zupełnie nie tak, jak to sobie wyobrażał kartograf-marzyciel, nazywając to miejsce Wybrzeżem ostrzy.
Pyszna Malinowa Gejka

Wróć do „Wasz dorobek”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości